Moje ulice znajdują się jedynym
z największych osiedli w Radomiu-Ustroniu. Do przygotowania tej pracy musiałam
zasięgnąć nie tylko rozmów z żywym zbiorem wiedzy w mojej rodzinie –babcią, ale
również do książek i stron internetowych. Szukanie informacji było lekko
kłopotliwe. Może, dlatego, że Ustronie jest dość młodym osiedlem. Dawniej była
to wieś, która została przyłączona do miasta w 1916 roku. Jednak pierwszy blok
został zasiedlony dopiero w 1972roku.
Pomijając czysto historyczne
informacje. Ustronie jest dla mnie miejscem, w, którym się wychowałam. Pierwsze
moje wspomnienia są właśnie stąd. Co prawda minęło już kilka lat odkąd byłam
małym szkrabem i samo osiedle też się zmieniło.
Wygląd osiedla kiedyś, a dziś różni się. Jak dla mnie przed
odnowieniem Ustronie wyglądało jak typowe komunistyczne osiedle. Mnóstwo bloków
jeden na drugim, równie dużo mostów. Na osiedli było bardzo dużo placów zabaw.
Największym z nich była Górka Indiańska. Ustronie po renowacji pozbyło się
starych, nierównych chodników. Na rzecz nowych ładnych ścieżek. Zniknęły też place
zabaw. W ich miejsce postawiono nowe, które moim zdaniem nie są tak super jak
poprzednie. Może to tylko moje przywiązanie sentymentalne, w końcu spędzałam
mnóstwo czasu na tych placach. Najlepiej z placów pamiętam dużą huśtawkę, na
której bujało się na wielkich starych oponach. Zdecydowanie ta huśtawka robiła
furorę. Może i osiedle się zmieniło, jednak w mojej głowie zostanie zawsze tym
samym starym Ustroniem , na którym się wychowałam.
Chodząc
ze znajomymi po nowej ścieżce ,którą my nazywamy ,,długą’’ ze względu na jej
wygląd i długość, wracają mi wspomnienia z wczesnego dzieciństwa. Jest to dosyć
nowa ścieżka powstała może cztery lata temu. Biegnie ona od Kościoła Świętego
Rafała, aż do stawu obok tak zwanej Górki Indiańskiej. Kościół obok ,którego zaczyna
się ,,długa ‘’ jest punktem orientacyjnym. Jednak powszechnie znany jest, jako
kościół z stawem, ponieważ na tyle kościoła znajduje się niewielkie oczko wodne,
a wokół niego kilka starych ławek. Górka Indiańska, czyli drugi koniec ścieżki
była kiedyś znaną wioską Indiańską. Ja niestety nie miałam okazji bawić się tam.
Co nie zmienia faktu, że nazwa jak i historie związane z wioską zostały.
Jest takie miejsce na ścieżce, a raczej było, ponieważ po
wyremontowaniu już jej nie ma. Był to fragment ścieżki obok płaczącej wierzby.
Właśnie tam powstało jedno z zdjęć z czasów, gdy chodziłam do przedszkola.
Nawet w momencie pisania w mojej głowie widzę to zdjęcie- wesołej dziewczynki
na hulajnodze. Samego dnia zrobienia zdjęcia nie pamiętam, ale wydaje mi się, że
był to bardzo wesoły dzień inaczej to zdjęcie nie zapadło by mi tak bardzo w
pamięć. Przedszkole było w moim życiu etapem, do, którego chętni bym wróciła.
Chodziłam, aż do
trzech przedszkoli. W pierwszych dwóch byłam, ponieważ w innych -bliżej mojego
miejsca zamieszkania nie było miejsca. Pomimo uczęszczania do trzech
przedszkoli pamiętam tylko jedno, czyli ostatnie z nich. Znajduje się ono na
PCK. Stamtąd mam wspaniałe wspomnienia. Poznałam tam wiele osób, a kilka z nich
poznaje na ulicy. Pisząc o kolegach z przedszkola przypomniała mi się pewna
dość zabawna sytuacja. Było to około dwóch lat temu. Idąc przez Galerie
Słoneczną spotkałam koleżankę z chłopakiem, którego myślałam, że nie znam. Po
chwili rozmowy okazało się, że był to Filip chłopak o bardzo ładnych i zarazem
charakterystycznych oczach, dzięki, którym go rozpoznałam.
W
czasie uczęszczania do przedszkola, głownie zajmowali się mną dziadkowie. To
oni nauczyli mnie takich podstawowych rzeczy jak szyć, czy obierać ziemniaki.
Pomimo, że są to czynności teraz dla mnie normalne, wtedy były dla mnie
niesamowitą zabawą wraz z dziadkiem. Śmiało mogę przyznać, że byłam oczkiem w
głowie dziadków. Zwłaszcza dziadka, z którym uwielbiałam spędzać czas.
Zaprowadzał mnie on do przedszkola, później do podstawówki. Często chodziłam z
nim na zakupy. Zawsze rozpieszczana byłam za dobre zachowanie nagrodą w postaci
lizaka, które nadal uwielbiam i, które wywołują u mnie miłe wspomnienia tamtych
lat.
Ustronie zawsze mogło szczycić się czymś, czego nie miały wszystkie
inne osiedla –dużą górkę. Wspominałam o niej wcześniej, mowa tu o Górce
Indiańskiej. W zimę górka stawała się miejscem spotkań wszystkich dzieci z
okolicy. Wspaniałe wspomnienia zjeżdżania na sankach, jabłuszku czy po prostu
na pupie. Cieszę się, że za czasów, kiedy ja byłam młodsza na zimę padał obfity
śnieg i można było korzystać z pogody. Teraz uważam, że owszem jest śnieg, są sanki,
jest również górka, ale to nie to, co kiedyś. Nie ma tych tłumów dzieci z rodzicami,
teraz są pojedyncze osoby.
Po przedszkolu przyszedł czas na podstawówkę. Daleko do niej
nie miałam. Gdyby nie wieżowiec stojący przed blokiem mojej babci bez problemu
można było by dostrzec nawet osoby wchodzące do budynku. Mimo tak bliskiego
położenia szkoły dziadek i tak wolał mnie odprowadzać. Robił to jednak tylko w
zerówce, później do szkoły chodziłam już z koleżankami. Pamiętam pewną sytuacje,
gdy wstałam, jako pierwsza. Postanowiłam, że sama naszykuje się do szkoły i
sama do niej dotrę. Jak wymyśliłam tak postanowiłam. Po wyjściu z domu nie
przemyślałam jednak jednej kwestii. Mianowicie z balkonu mieszkania dziadków,
które znajduję się na trzecim piętrze był widać jednak kawałek mojej drogi do
szkoły. Po tamtej sytuacji w rodzinie zaczęłam uchodzić za Zosie samosie.
Tak jak do przedszkoli chodziłam trzech w podstawówkach
byłam dwóch. Idąc do czwartej klasy przeniosłam się z szkoły podstawowej numer
9 do podstawówki numer 4. Ta, do, której się przeniosłam, a i owszem chodząc do
niej odniosłam kilka sukcesów w sporcie. Mimo to lepiej niż osiągniecia
sportowe wspominam drogę do szkoły. Mam wrażenie, jakby działo się to dosłownie
wczoraj. Na początku czwartej klasy późniejsza obwodnica była dopiero w trakcie
budowy. Co nie było problemem dla mnie i mojej kuzynki Karoliny, z, którą
chodziłam do szkoły. Teraz, gdy idę obwodnicą widzę gdzieś w głębi głowy obraz
placu budowy. Wyznaczonej krętej ścieżki, aby dojść. Pełnej piachu, po deszczu
błotnistej, a w zimę śliskiej i białej.
Podstawówka szybko przeleciała, nadeszło gimnazjum.
Chodziłam do gimnazjum numer 2. Była to szkoła niemal rodzinna. Skończyła ją
moja mama i całe jej rodzeństwo, gdy była ona jeszcze podstawówką. Po przemienieniu
jej w gimnazjum skończył ją mój starszy brat- Nikodem i kuzyn Albert. Z okien szkoły
widać było mniej więcej środek długiej. Przez, którą codziennie przechodziłam
idąc i wracając ze szkoły. Okres gimnazjum był dla mnie czasem wzlotów i
upadków. Często nie miałam chęci nawet patrzeć na dzieci na placu zabaw, a to
lubię robić, ponieważ przypomina mi to czasy jak sama mogłam tak beztrosko
biegać i się bawić. Gimnazjum minęło dość szybko. W sumie szkoda, bo pod koniec
trzeciej klasy stworzyła mi się paczka. W jej składzie byłam ja, Maciek,
Gabrysia, Oskar, Dominik. Moglibyśmy wychodzić wtedy ze sobą codziennie.
Spotykaliśmy się głównie u na podstawówce numer 9, była to ta, z, której
przepisałam się pod koniec trzeciej klasy. Mnóstwo czasu spędzonego razem, a
jednak zawsze potrafiliśmy znaleźć jakieś zajęcie. Najlepszym wspomnieniem z
tego okresu jest dla mnie wieczór w ferie tego roku. Wszyscy siedzieliśmy u
mnie w domu. Nagle zaczął padać bardzo intensywnie śnieg. Niecałą godzinę
później byliśmy już w drodze na podstawówkę –nasze miejsce spotkań. Obok placu
zabaw, na którym zazwyczaj siedliśmy znajdowało się boisko. Tamtego wieczoru
było ono całe w śniegu. Wiec bez namysłu weszliśmy na nie. Zbudowaliśmy wtedy bałwana,
rzucaliśmy się śnieżkami i robiliśmy aniołki. Ten wieczór wspominam najlepiej z
całego okresu bycia w gimnazjum.
Teraz są czasy liceum. Ledwo się zaczęły, ale wiem, że
będzie ciężko. Cieszy mnie to, że moja paczka trzyma się dobrze, a nawet doszło
do niej kilka nowych osób. Co prawda teraz moje Ustronie nie przypomina tego z
dzieciństwa, ale w mojej głowie zachowało się , jak na starych zdjęciach i
wspomnieniach, które są w mojej głowie , a których nikt mi nie odbierze



